środa, 27 października 2010

Translations #1


Tłumaczeń część pierwsza, czyli rzecz którą robię w wolnym czasie i w pewnym sensie z patriotycznego obowiązku ;) / First part of translations, the thing I do in free time and in some way in patriotic obligation ;)

sobota, 23 października 2010

Sezon 1 - Nazywam się Uzumaki Naruto!

W Wiosce Ukrytego Liścia niegdyś postrach siał dziewięcioogoniasty lis. Został on pokonany za legendarnego już Czwartego Hokage i zapieczętowany w pępku noworodka. 12 lat później Uzumaki Naruto cierpi z powodu braku rodziców oraz akceptacji ze strony rówieśników. Aby przywrócić sobie szacunek mieszkańców wioski, chce stać się Piątym Hokage, nieświadomym skrywanego w sobie potwora...

niedziela, 17 października 2010

You're watching television


Stało się. Summer Belongs to You! zostało wyemitowane w Polsce jako... Lato to wrażeń moc? Cóż, ocenianiem tłumaczenia zajmę się na końcu.

poniedziałek, 11 października 2010

...don't you know about the bird?


Szczerze? Jeszcze nie obejrzałem nowego odcinka Simpsonów, Family Guya postanowiłem wziąć sobie na początek z ostatnio wziętego doświadczenia ;)

Peter nakrywa swojego teścia na zdradzie, czego wynikiem jest rozwód Cartera z Babs. Peter chce pomóc Carterowi żyć jak kawaler, ale ten tęskni za żoną.

Fabularnie odcinek dobry, ale jak to powiedzieć... Kurcze, strasznie trudno do tego ułożyć jednolity opis. Nie rozumiem tutaj zbyt bardzo postawy Petera, który przeskakiwał kolejno ze strachu do nienawiści i przyjaźni. No ale wyszło jak wyszło, a wyszło dobrze, więc nie zamierzam się za bardzo o to czepiać. Sam motyw zdrady, hmm... Mieliśmy już raz odcinek, w którym Lois zdradziła Petera z Billem Clintonem i nie skończyło się rozwodem, tutaj natomiast pokazały się jakieś (że tak powiem) emocje ludzkie bardziej do przewidzenia, żadnego "przespałam się z Clintonem, dlatego możesz przespać się z kimkolwiek chcesz, byle tylko nie rujnować nam życia". Postawiono na prostotę zwykłego rozpadu związku, zabarwioną lekkimi historyjkami.
Z tego, co się cieszę to to, że wróciło kilka dowcipów, (głównie chodzi mi o jeden, którego nie będę zdradzać), przez które prawie że spadłem z krzesła! Serio, Family Guy naprawdę umie odgrzać kotleta i to w taki sposób, że będziemy myśleć, że to świeże mięso.
Chciałbym rzucić jeszcze kilka słów odnośnie strony graficznej. Po obejrzeniu epizodu czuję się, jakby ktoś mi (delikatnie) przyłożył z liścia animacją 3D. Co prawda animacja 3D w Family Guyu nie jest niczym strasznym, co już myślę większość zdążyła zauważyć, no ale jednak zawsze w kreskówkach wolałem 2D. Oczywiście, pochwalam użycie innego stylu w 40minutowym odcinku startowym, no ale bez przesady, wolę jednak, jak nie nadużywa się zbytnio swoich 'umiejętności', tym bardziej, gdy są to 'umiejętności' zupełnie niepotrzebne.
Ogólnie odcinek? Dobry, Family Guy, można powiedzieć, od początku dobrze idzie, aczkolwiek poraża lekko brak niektórych postaci (mały wkład Briana i brak Stewiego!), który jednak przeciętny widz może znieść (z tym że ja nie jestem przeciętnym widzem. Hmm...). Dla mnie odcinek dostaje 7+++/10. Głowa Rodziny od początku rodziny powoli schodzi po schodkach. Na szczęście, jest to żółwie tępo i mam nadzieję, że się z tych schodów nie wywalą, a wręcz przeciwnie: ktoś ich podniesie i poprowadzi z powrotem na szczyt.

niedziela, 10 października 2010

Od rocka jeden krok...


... Czyli zwykłe gdybanie.
W związku z rokiem Chopinowskim odpaliłem sobie w mózgu mod "I don't care" i odpaliłem sobie Republikę (jeśli nie wiecie, co to za zespół, pozwalam wam spłonąć w piekle), a jeszcze potem zwyczajowo poczytałem sobie komentarze pod filmikiem na YouTube. Jeden komentarz głosił:

Słowacki, Norwid, Ciechowski...

i właśnie ten komentarz zmusił mnie do refleksji odnośnie muzyki (mimo, że oznaczało bardziej wyróżnienie poetyzmu w dziełach Ciechowskiego). Otóż, czy jakby Chopin urodził się w połowie XX. wieku, to czy tworzyłby również muzykę klasyczną? Może wolałby wziąć gitarę elektryczną bodaj basówkę, wejść na scenę i dać czadu? Jestem też ciekaw, czy grał na pianinie i właśnie ten gatunek muzyczny z powodu otaczającej go wokół kultury masowej?
Jeszcze w tym miesiącu ma zamiar wyjść gra muzyczna pokroju Guitar Hero: Music Master: Chopin. Twórcy gry zdają sobie świetnie sprawę z tego, że muzyka klasyczna, nie jest już aż tak bardzo poważanym gatunkiem, więc postanowili stworzyć 3 wersje:

- Classic
- Rock
- Pop

czyli najpopularniejsze gatunki od przeszło 30 lat. Kultura masowa sprzed 100-200 lat uderza w kulturę masową, która trwa do dziś? Czemu nie! Trzeba jednak wiedzieć, że w rockowej wersji utwory Chopin będzie grał na gitarze elektrycznej, a w popowej będzie obsługiwał mikrofon. To, jak nasz kompozytor narodowy pomyka na gitarce, możecie zobaczyć na tvgry.pl, materiał jak najbardziej polecam, tym bardziej, że Frycek z gitarką jest... całkiem niezły!
Jestem tylko ciekaw, co będzie następne... Music Master: Beethoven? Najpierw zobaczmy, jak gra się sprzeda, a jest kierowana na skalę globalną i będzie dosyć tania, bo tylko 48zł. Jak myślicie, dodadzą do zestawiku ewentualnego klawisze? Jeśli tak, czeka na plaga polskiego Band Rocka... Popa... Classica! Ach, whatevah.

piątek, 8 października 2010

Po co grać?

Niektórym tematyka, którą chcę teraz poruszyć może się wydać nudna, a nawet trochę niewygodna, ale tematykę tą warto poruszyć. Po co grać? Co nam daje gra?
Jako amatorski recenzent gier, najprostszym stwierdzeniem wydaje się być "Dla rozrywki i zabicia czasu w miły sposób". Ale czy istnieje szersza definicja?
Oczywiście, gry takie jak God of War, czy Alan Wake mogą służyć rozrywce tylko jednej osoby, ale co z grami komputerowymi jak Left4Dead, World of Warcraft, czy może też planszowymi jak Monopoly i Scrabble oraz terenowymi jak podchody, czy też prosty berek. Otóż każda z tych gier daje nam dziką satysfakcję z wygranej, czy też z samego braniu udziału w rozgrywce. Pozwala graczom w specyficzny sposób się zintegrować ze sobą, nawet czasem zaprzyjaźnić.
Ostatnio wziąłem wraz z klasą udział w grze terenowej-integracyjnej w konwencji survivalu, o której nie chcę się rozpisywać, gdyż nie chcę psuć zabawy osobom, które mogą to czytać i pochodzić z okolic Lublina. Stwórca gry jak i jej mistrz dał nam na sam jej koniec wybór. Czy chcemy poznać wynik, czy też nie? Na początku w głosowaniu wynik był 14vs.14 - głosowałem przeciw zobaczeniu wyniku. Jednak później stwierdziłem - czemu nie? - oraz wygłosiłem krótką mowę, że warto zagłosować na 'Jestem za', którą zresztą poparło kilka osób. W ponownym głosowaniu, przegłosowano ujrzenie wyników i wygrała jedna z grup. Był to sam koniec rozgrywki. Gdy już wracaliśmy do autokaru, który miał zawieźć nas do domu, zostałem jeszcze z kolegą, aby pomóc w przenoszeniu stołów. W trakcie, Mistrz Gry powiedział cicho, że przegraliśmy. Słowa te, męczyły mnie cały powrót do domu. I znów naszło mnie pytanie. Po co grać?
Czy gramy dla wyników, czy tylko po to, aby spędzić miło czas z nowo nabytymi przyjaciółmi? Czy gramy dla czystej rozrywki, czerpiąc z tego radość, czy też za wszelką cenę chcemy być najlepsi (przepraszam) powiększając sobie penisa? Gra to nie uzależnienie, gra nie jest również obsesją, czy też czystą ciekawością (która sterowała mną i moimi kolegami). Gra to zabawa. A prawdziwym wynikiem tej gry, jest poziom rozrywki, jaki nam dostarczyła i w miarę możliwości to, w jaki sposób spoiła grających w nią graczy.

The best of the best


Odcinkiem tym, chciałem rozpocząć moje recenzje Futuramy. począwszy od niego, moje recenzje będą systematyczne, jednakowoż czasem trafia się coś, na co nie ma się ochoty szczędzić pochwał i trzeba je wyrazić publicznie.
Recenzja jest również bardzo krótka: nie mogłem znaleźć zbyt wielu słów na opis.

Odnajduje się pies Fry'a, Seymour, który został utrwalony w popiele. Okazało się, że w środku rzeźby utrzymało się DNA zwierzaka i istnieje możliwość jego sklonowania. Philip nie może się doczekać spotkania z najlepszym przyjacielem z XX wieku.
Odcinek najlepszy w całej Futuramie. Serio, nie przypominam sobie lepszego odcinka. Obejrzałem go już kilka razy i wciąż się nie mogę nacieszyć.
Zacznę od tego, że bardzo kocham zwierzęta, a z tego, co wiem, to pies Fry'a jest psem typu must love. Tym samym wzruszyła mnie końcówka, która jakby nie patrzeć, jest najlepszym skwitowaniem epizodu, jaki ostatnio widziałem (nie zepsuli tutaj podkładu muzycznego, tak jak w The Luck of the Fryrish).
Chcę równocześnie odpowiedzieć na wiadomość użytkownika Kor-diddly-nik (TheSimpsons.PL), sprzed 2 lat:

Mi osobiście samo zakończenie się nie podobało (motyw w stylu legendy Akita Inu) - Futurama to kosmiczne jaja, nie łzy:)

Mój drogi, (jeśli jeszcze to czytasz) co to do cholery ma znaczyć?! To tak, jakby Chaplin śmieszył ludzi, wszedł na estradę i powiedział wiele słów, dzięki którym mógłby dostać Pokojowego Nobla i ktoś z tłumu krzyknąłby "Wracaj do pajacowania, durniu!". Komentarz ten uważam za jak najbardziej nie na miejscu.
Odcinek Jurassic Bark daje nam świadectwo na to, że nawet ostry kawał śmiechu, jakim jest Futurama, stać na dużą dawkę subtelności. Subtelność, jest przeze mnie cechą mile widzianą w wielu tego typu serialach: The Simpsons, Family Guy, South Park... Twórcy zrobili to w sposób jak najbardziej mistrzowski i ich dzieło dostaje ode mnie ocenę, na którą jak najbardziej zasłużyli. Ocenę, która mówi sama za siebie, która jest jedynym, które ciśnie mi się do ust, bo (jak zresztą zauważyliście) w recenzji nie da się tego opisać zbyt wielką ilością słów.
10/10.

poniedziałek, 4 października 2010

Funny words are funny!


Podział na republikanów i liberałów (prawica, lewica) jest jednym z największych, można już powiedzieć wartości narodowych, dzielących Amerykanów. Nie mogło ich zabraknąć również w Family Guyu, jak i przy okazji krótkiego nawiązania do American Dad!

Brian wytyka Rushowi Limbaugh jego zdanie o nim przy okazji podpisywania jego republikańskiej książki w Quahog. Jednak gdy Rush ratuje mu życie, nagle zmienia swoje przekonania polityczne.
Fabularnie? (tutaj następuje długi opis miodu, który jest taki epicki, że aż nie mam ochoty go tutaj umieszczać) Miodzio! Wszystko jest wg mnie dopracowane, jak należy, mimo, że odcinek nie wykracza ponad poprzeczkę postawioną, przez odcinek poprzedni, tylko łapie się niej i to samymi końcami palców. Ale od początku. Family Guy, jak zresztą większość serialów tego typu wykorzystało w bardzo dobrym celu świetny temat polityki. Dowiadujemy się, jak republikanie widzą liberałów i odwrotnie itp. Dowiadujemy się też o, że tak powiem, drugiej naturze Briana, czyli czysta hipokryzja. Nienawidzisz gościa, nienawidzisz, aż Ci uratuje tyłek (tak samo z Michaelem Jacksonem - nienawidzisz, nienawidzisz, aż umiera na atak serca). Mimo, że rodzina Griffinów pojawia się tutaj rzadko (co pod koniec mnie z lekka denerwowało), żarty przez nich wypowiedziane powodują jak zwykle największe napady śmiechu, w końcu... Śmieszne słowa są śmieszne!
Graficznie? Miazga. Nie z serialu. Ze mnie po obejrzeniu. Odświeżona czołówka i szczególnie świetny wstęp, który zrobił dobry podkład pod ową czołówkę po prostu mnie zgwałciły. Nie zgłoszę tego gwałtu na policję. Trzeba przyznać, że serial przygotowuje się na wejście na Blu-ray, chociaż też zastanawia mnie, jak to zrobią (na DVD podzielono serial na Volume'y, obecnie ma wyjść Volume 9, który zawierać będzie część odcinków z 8 sezonu i pierwsze odcinki z sezonu 9). Jedno wiem - przez to, że ostatnio tyle zarąbistych seriali wychodzi na Niebieski Promień, będę musiał spać pod mostem, ale za to będziecie mieli świeże materiały na CartoonCenter.
Dźwiękowo nie ma co się rozpisywać, tak jak w przypadku Simpsonów, jest po prostu dobrze i mam nadzieję, że tak pozostanie.
Jeśli chodzi o ocenę, to bez wahania wystawiam 8+/10. Family Guy ponownie przebył bitwę z The Simpsons, którą znów wygrał, mimo, że odcinek Simpsonów był wiele lepszy od zeszłotygodniowego (Bogu dzięki!).
See ya!

Loan-a Lisa, czyli co możesz kupić za 50 dolarów


Tydzień temu pisałem, że cała zajebistość została już wyciśnięta z Simpsonów. Cóż, nie cała. Oto twórcy podsuwają nam całkiem niezły odcinek, który dla Was zrecenzuję!

Wszyscy dostają od Abe'a po 50 dolarów. Lisa swoje pieniądze inwestuje w firmę Nelsona, która odnosi sukces i Nelson chce rzucić szkołę. Tymczasem Marge kupuje za drogą torebkę i widząc, że wszystko można zwrócić do sklepu po kilku dniach bez zdjęcia opakowania, Homer zaczyna kupować mnóstwo drogich rzeczy.
Pierwsze, co chciałbym ocenić, to drugi wątek. Nie zachwycił, ale rozbawił, na reszcie nie poczułem się tak, jakby wpychali coś na siłę do The Simpsons (a dawno się tak nie czułe, szczerze mówiąc) i już za to chciałbym dać dużego plusa.
Główny wątek jest już bardziej skomplikowany. Na początku nuży trochę człowiek ponowne wepchanie jakiejś słynnej osoby Bóg-Wie-Po-Co, no ale niech im będzie, pominę, że robią tak już niemalże 4 lata. Lekkie żarty są jak najbardziej przyjemne, tak samo jak klimat, w którym jest poprowadzony cały odcinek. Dowiadujemy się przy okazji gdybania Nelsona o szkole, opinii jego nauczycieli o pójściu tą drogą (trochę to nawet zaskakuje, ale i tak i tak system szkolnictwa Amerykanów jest przeznaczony dla idiotów, więc nawet w sumie nie dziwię się Skinnerowi). Później równie dobre rozwiązanie akcji i jesteśmy w domu.
Nie mam co za bardzo rozpisywać się, jeśli chodzi o grafikę (prawdopodobnie jest to moja ostatnia ocena grafiki w The Simpsons) bo od ok. 5 sezonów jest ciągle tak samo. Jest ładnie, schludnie, 5 minut animatorów i producentów przewijanych na początku odcinka robi swoje.
Tak samo jest, jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową. Nie jest tak dobrze, jak w poprzednim odcinku (w końcu tamten był nastawiony na musical, no proste), ale trzyma normę przeciętnego odcinka.
Ogólnie? Fabuła to największy atut odcinka, jest lepiej niż tydzień temu, ale tylko odrobinę. Good. Not great. Daję 7+ (duży plus!)/10 i namawiam do obejrzenia.
See ya!